Bijatyki potrafią się nam kojarzyć ze starymi automatami do gier. Nic dziwnego, bowiem w tym wypadku mowa tutaj o wielu grach na utomatach które bardzo fajnie kiedyś urozmaicały nam nasze życie i wprowadzały ciekawą wersję rozgrywki. The Rage to typowa, uliczna nawalanka. Jedna osoba ma pokonać całą rzeszę (dobór słownictwa przypadkowy) zombie (może to i ludzie, ale czy ludzie potrafią chodzić za Tobą krok w krok i tylko czaić się aby zadać ból?), których rzecz jasna musisz pobić, zanim oni pobiją Ciebie. W ?4 Pancernych i Psie? jedna załoga czołgu potrafiła wygrać całą wojnę. Twoje zadanie jest podobne, z tym że musisz ?jedynie? pobić wszystkich członków jednego gangu. Proste? Zaiste, zadanie nie jest trudne. Szczególnie gdy w boju nie musisz wyłącznie korzystać z dobrodziejstw swojego ciała. Całkowicie przypadkowo znajdziesz leżące na ulicy kije baseballowe, noże, pręty, a nawet broń palną. Nasuwają się pewne skojarzenia z Little Fighter II, ale nie można powiedzieć, że obie gry są jakoś mocno do siebie podobne.


Co można umieścić w 96kb danej gry ? Nie wiele, jednak gra która jest krótka, na ogół jest dla nas ciekawa, tak jest w wypadku tego tytułu bijatycznego który na rynku bardzo dobrze sobie radzi. Co ciekawe, tytuł ten zdobywa popularność nie dzięki genialnej oprawie czy pomysłowi, lecz fizyce, a raczej… błędom programu odpowiadającego za (jeżeli można tak to nazwać) “świadomość fizyczną” postaci. Sumotori Dreams, jak sam tytuł wskazuje, polega na rozgrywaniu starć sumo. Przeciwnicy składają się z kilku “pudełek”, zachowują się zgodnie z prawami fizyki: upadają w realistyczny sposób, reagują z innymi obiektami, które również doskonale odzwierciedlają prawa przyrody – przewracają się, tłuką na kawałeczki, etc. Twórcy przewidzieli możliwość gry zarówno z komputerowym oponentem jak i z drugim graczem (na jednej klawiaturze). Muzyka w grze jest przyjemna, wpada w ucho, jednak po pewnym czasie staje się trochę monotonna.


Już chwile po zapoznaniu z tym tytułem można szybko się do niego przyzwyczaić a tym bardziej przekonać co w bijatykach jest bardzo żadkim zjawiskiem tak na prawde. Jak tylko nadarzyła sie okazja, aby Lugaru znalazło się na moim pulpicie, nie zastanawiałem się długo. I oto jest – a czym to jest, zobaczcie sami. Znacie historię o Wilku i Zającu? Mały i sprytny długouchy co chwila udowadniał, że naturalna wyższość gatunków ma mało do gadania. W kontekście tej gry (jak ktoś mógłby pomyśleć spoglądając na jej kategorię) nie chodzi tu o przypakowanego szaraka, zjadającego pigułki na śniadanie, co to, to nie. Tak już widać ten świat jest ukształtowany, że to co z pozoru jest słabsze, wcale nie musi takie być. Pomijając fakt, że wcale “słabsze” nie jest, ale to już inna kwestia… Turner ? tak ma na imię główny bohater, postać, w którą przyjdzie się nam wcielić. Razem ze swoją rodziną i przyjaciółmi mieszka gdzieś na zielonych trawach wśród szarobrązowych ruin.


Emblem of Red jest kolejnym wcieleniem mangi w bijatykach. Czy to źle akurat ? Nie, raczej można powiedzieć iż bardzo dobrze bowiem japńczycy nie raz już wiedzieli co robili i tworzyli bardzo ciekawe wersje gier które się wielu osobom podobały a nawet miały miano klasyków. Po uruchomieniu menu, wybieramy rodzaj zabawy z dwóch dostępnych ? arcade mode, gdzie walczymy z komputerowymi przeciwnikami oraz versus mode, walka z kolegą/koleżanką na jednym komputerze. Autorzy dali nam możliwość kierowania jedną z ośmiu dostępnych postaci, różniących się między sobą rodzajem ciosów. Oczywiście, każda postać ma swoje indywidualne kombosy, które są dość niebezpieczne dla przeciwnika, lecz wyglądają efektownie. Jak to bywa w tego typu grach, każda potyczka toczy się do momentu, w którym przeciwnik będzie miał już dość, czyli gdy dostanie porządne manto.


Bardzo dobrym interesem dla każdego wydawcy jest wykonanie bijatyki związanej z bardzo znanymi postaciami, tak jest również w wypadku tego ciekawego tytułu o którym tu mowa. Najbardziej znana z nich – Pokemony, zarobiła miliony na gadżetach, ubraniach, jedzeniu i innych rzeczach z rysunkami postaci z owego serialu. Po co o tym mówię? By bezboleśnie przejść do głównej części recenzji Humpsters. Tytułowe Humpstery to pokraczne stworzenia służące do walki. Ich główną cechą jest fakt, iż są składakami – do stworzenia owego potworka jest wymagana głowa i członki, którymi będzie on walczył. Najciekawszy jest fakt, iż można doń dokładać niezliczone ilości części, nie ma dla niego ograniczeń. By wygrać z oponentem, należy odpowiednio ustawić części na naszym podopiecznym – kończyna podczepiona w złym miejscu może odpaść, wystawiając głowę na cios przeciwnika.


Mordobicia dla japończyków to nic nowego, znają oni bardzo dobrze ten tytuł i zawsze serwują nam coś dobrego do grania. Ponieważ traf chciał, że za oknem padał deszcz, a ja nie mogłem udać się na trening, to z zainteresowaniem i rządzą mordu w oczach sięgnąłem po Sword Dance. Jednak moje oczekiwania były zdecydowanie zbyt wielkie, bowiem jest to gniot, którego grywalność przewyższa pierwsza część Mortal Kombat, a nawet gra Franko z lat 90. Dziś jest rok 2008. Do wyboru mamy tylko jedną postać (sick!), o której mogę napisać tylko, że jest. Jeśli w grze istnieje fabuła to mea culpa, ale nie mogłem się z nią zapoznać ponieważ wszystkie napisy są po japońsku. Autor nie pokusił się nawet o zrobienie angielskiego menu. Repertuar ciosów jest bardzo ubogi. Odkryłem blok, machanie mieczem i kombosy, które w miarę wyrzynania kolejnych wrogów stają się coraz bardziej rozbudowane.


Czy japończycy znają się na RPG ? Pewnie że tak, to akurat nie nowość dla nas. Takie hity jak Chrono Triger czy Final Fantasy znają wszyscy. To oni wymyślili jRPG(podział na tury), i tytuły takie jak Maple Story, BraveGear Tribute oraz Silkroad Online. Co stoi więc na przeszkodzie, aby zagłębić się w światy kreowane przez mistrzów? Niestety język, którego my, normalni ludzie nie rozumiemy. A co będzie, jeśli powiem, iż mam dla was rolpleja rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni po angielsku? Pewnie większość z was zacznie czytać dalszą część tekstu. Jeśli tak, to o to właśnie mi chodziło. Akcja toczy się w fantastycznym świecie na czterech wyspach. Nasi bohaterowie muszą oczyścić je z potworów tam zamieszkujących. Sterujemy trzy osobową ekipą, którą możemy dowolnie mieszać wykorzystując do tego 28 dostępnych profesji. Liczba ta robi wrażenie, tym bardziej, że są one zróżnicowane. Kiedy ustalimy skład, wybieramy poziom trudności i ruszamy do boju.


Jak wiadomo wiele bajek czy też filmów ma swoje odzwierciedlenie. Akurat DB może być jedynie umieszczony w tej kolumnie gier, dlatego też bardzo cieszyć będzie ten tytuł fanów tej bajki. Pamiętacie pewnie anime Dragon Ball? Swego czasu było ono bardzo popularne. Sam mam wielki sentyment do przygód Goku i jego przyjaciół. Mimo iż od ostatniej emisji minęło bez mała kilka lat, DB nadal jest popularne. Już niedługo w kinach zobaczymy film, a Japończycy przygotowują dla nas MMORPG w tych klimatach. Dzisiejszy tytuł jest już na rynku jakiś czas, ale zauważyłem jego brak na VG. Postanowiłem nadrobić zaległość, tym bardziej, że jest to gra niesamowicie grywalna. Dragon Ball Z 2 Mugen (bo tak nazywa się opisywane przeze mnie dzieło) to bijatyka. Bohaterami są postacie z kultowego anime. Od tych najpopularniejszych jak Songo, Gohan czy Vegeta, na Recoomie i Mr. Satanie kończąc.


Streets of Rage Remake to gra dla ludzi którzy lubią wątki związane z ulicą. Nie przez przypadek autorzy bowiem umieścili w grze taki właśnie scenariusz jaki widzimy. Jeśli, starsi gracze pamiętają serie Streets of Rage, to z pewnością zainteresuje ich wspomniana gra, która jest kontynuacją. Akcja Streets Of Rage Remake dzieje się rok po wydarzeniach w Streets of Rage 3. Zan odkrywa nową przestępczą organizację, która planuje przejąć miasto i poszerzyć na większą skale swój zbrodniczy proceder. Aby zapobiec temu postanawia powstrzymać ich przed dalszą ekspansją, a z pomocą przychodzą mu przyjaciele. Postacie mają kilka wyuczonych ciosów na pokonanie przeciwnika. Podstawowy, to przycisk uderzania przeciwnika pięścią, który potrafi być dość efektowny, jeśli rozpracujemy różne sposoby na jego użycie. Następny klawisz to podskakiwanie, kolejny wykonuje serie efektywnych kombosów, które jednak zabierają nam częściowo energie życia, a ostatni przycisk umożliwia nam zniszczenie wszystkiego, co się znajduje na ekranie.


Najlepszym sposobem na naukę banter połączenie jej z czymś przyjemnym, jak np. z zabawą. Takie też założenie miała firma Satsoft wydając grę Tables. Gra przeznaczona banter dla dzieci w wieku od 7 do 11 lat i uczy ona podstaw matematyki. Uruchamiając grę naszym oczom ukazuje się card główne, w którym do wyboru mamy cztery różne mini-gry. Każda z gier ma podobne zasady: na allotment ekranu znajduje się pole, w którym wyświetla się zadanie matematyczne, jak np. tabliczka mnożenia, czy też proste zadania tekstowe. Z boku, po prawej stronie znajdują się cztery odpowiedzi (jedna banter właściwa), a przy każdej z nich umieszczone są znaczki w różnych kolorach. Gdy znamy już poprawną odpowiedź, to patrzymy na kolor jaki banter przy odpowiedzi i wykorzystujemy go w grze. Jak już wspomniałem możemy wziąć udział w czterech różnych mini-grach, przedstawiają się one następująco: 1. Roadhong – musimy przejść jeżem przez bardzo ruchliwą ulicę i wejść do jaskini w kolorze zgodnym z poprawną odpowiedzią.

Rudy kocur z trudem przebijający się przez zaspy, z wysiłkiem odrywając swoją zmrożoną męskość od lodu krzyczy na całe gardło: - No i kurwa gdzie?! Pytam was - gdzie jest ta pierdolona wiosna do kurwy nędzy? Co za pojebany kraj?! Gdzie dziewczyny, przebiśniegi, świergolenie skowronków?! Choćby ćwierkanie wróbli, choćby krakanie wron - gdzie to kurwa wszystko jest?! A odwilż kiedy wreszcie przyjdzie? Śnieg z nieba napierdala jakby ich tam w górze pojebało... Niby ponoć wiosna już jest, kurwa - łgarstwo i oszustwo na każdym kroku, kurwa ... A ludzie słysząc kocie krzyki uśmiechają się do siebie i mówią łagodnie: - Słyszysz jak się drze? Wiosna idzie... Kotów nie oszukasz...